Nocna Masakra 2007, 14-16.12 Tym razem zdecydowaliśmy się wystartować w rajdzie Nocna Masakra (http://masakra.webpark.pl/). Był to nasz pierwszy zimowy start, który drastycznie zwiększył nasze doświadczenie odnoszące się do zimowych startów. Dodatkowo jeszcze jakiś czas temu stwierdzenie, że weźmiemy dobrowolnie udział w tej imprezie nie był nawet brany pod uwagę. Na szczęście to się zmieniło.
Całą przygodę można podzielić na dwie części: przygodę, którą zagwarantowało nam PKP, oraz rajd właściwy. Przygoda z PKP rozpoczęła się już w środę i trwała prawie do samego powrotu do domu. Początkiem trudów związanych z PKP był sam zakup biletów. Chciałbym w tym miejscu odradzić zakup jakichkolwiek biletów na trasę dłuższą niż 20 km ze stacji w Oławie. Pięć biletów kupowałem 1h i 15min, zaskoczeniem dla pani kasjerki było połączenie przejazdów szynobusem, pośpiechem, i ekspresem na które posiadaliśmy zniżki rajdowe. Tego dnia pani, która nas obsługiwała zajrzała w specyfikację, z której jeszcze nie korzystała, oraz dzwoniła do bazy, aby zorientować się czy to nie jest jakiś żart. Całe szczęście, że nie kupowaliśmy biletów u konduktora, bo do Poznania nie mielibyśmy jeszcze biletów chyba. Po dwóch dniach względnego spokoju, po pracy wziąłem plecak spakowany dzień wcześniej i wybrałem się na PKP by spotkać się z Leszkiem. Jako, że jeden z naszej ekipy odpadł Leszek stanął przy kasie, w której dwa dni wcześniej kupowałem bilety i oddał bilet. Zrobił to w mgnieniu oka z perspektywy zakupu biletów przeze mnie, bo zajęło mu to 20min. Wnioskując można stwierdzić, że oddanie pięciu biletów trwałoby o wiele dłużej niż ich kupno. W pociągu dosiedliśmy się do Natalii, która jechała już z Kędzierzyna, a we Wrocławiu dosiadł się do nas Matik. Po dojechaniu do Poznania i odczekaniu na spóźniony ekspres (na który musieliśmy rezerwować miejsca i płacić dopłatę) pojechaliśmy do Zbąszynka. Szyno-wóz czekał na nas zaledwie 40 minut ponad jego czas wyjazdu. Nie wiem czy siedzący się ucieszyli gdy już przybyliśmy, czy byli też zirytowani tym, że dzięki PKP i jego zobowiązaniom musieli czekać na grupę paru osób. Któryś raz z kolei stwierdzam, że dotarcie do bazy powinno być już punktowane, ze względu na niespodzianki ze strony PKP. Szybki sen. Pobudka o 6.00, pakowanie (standardowy zestaw LETNI + więcej ciuchów i ogrzewacze chemiczne), oczekiwanie na start (7.30). Pierwszym minusem od strony organizatora była odprawa, na którą przyszedłem w połowie, a drugiej połowy i tak nie słyszałem. Ponoć było coś mówione o 4PK, ale o tym wspomnę jeszcze później. Start. Decydujemy się atakować od północy, ale szybko popadając w konformizm idziemy na południe wzdłuż wschodniego punktu mapy. Preferowana kolejność punktów jaką obraliśmy na teraz to 5, 14, 7, 3, H, 4, 11, 13, 8, 10, 6, 1, 2, 12, 9, 15, M. W trakcie kolejność ulegnie jeszcze zmianom. Do 5 asfaltem na południowy wschód, skręcamy za zabudowaniami i idziemy kawałek wzdłuż lasu, odbijamy w las mijamy Staw Skoki i dostajemy się na drogę utwardzoną. Drogą do pierwszego odbicia w lewo i idziemy wzdłuż brzegu do samego występu, na którym mieścił się PK5. Przed nami nasz przyszły kolega z PK7, za nami Państwo z kijkami (Lesiu i koleżanka z mandarynkami). Kod QQ (godz 9.05), jeszcze pamiętam bo był pierwszy. Odbijamy na drogę i zauważamy, że jesteśmy na zielonym szlaku, który jest również na mapie. Włączamy autopilota i zielonym szlakiem idziemy prawie do torów przed którymi odbijamy pod słupy energetyczne, drogą do wioski, asfaltem na północny kraniec lasu, wzdłuż lasu mijając wejście pomarańczowym/żółtym szlakiem wchodzimy w koryto wąwozu. Punkt znaleziony bez problemu. Za nami przychodzi przyszły kompan, oraz ekipa, z którą dzieliliśmy się wiedzą na trasie (3+1). PK14 zdobyty o 10.44. Wychodzimy z lasu na azymut, mniej więcej na północny zachód dobijamy do skrzyżowania i kierujemy się przez zamarznięte pola prosto na szczyt. Zrobiliśmy dodatkowe wysokości, spotkaliśmy parę w pół zjedzonych zwierzaków i doszliśmy na brzeg lasu z PK7. Grupa 3+1 wskazuje nam wejście do lasu. Idziemy za nimi, wspinamy się na pierwszą górę, okazuje się, że źle. Przechodzimy na zachodni szczyt, wspinamy się. Udaje nam się wejść coraz wyżej. Aż w końcu Leszek wypatruje PK7. Dochodzimy. Zgodnie z opisem "szczątki wieży triangulacyjnej", weryfikuję swoją definicję słowa szczątki. Teraz dla mnie szczątki oznacza coś czego prawie nie ma i co nie przypomina pierwotnej rzeczy. Szczątki leżały sobie to tu to tam. Dołączamy do Łukasza, z którym do tej pory się mijaliśmy. Na PK7 byliśmy w samo południe. W tym momencie kolejność punktów została zmieniona na wersję Łukasza - pozostałe chcieliśmy pokonać do 10, 8, 6, 13, 3, H, 4, 11, 1 i reszta tak jak wcześniej. Atak na 10 szedł dobrze do momentu gdy mieliśmy spotkać szlak, którego nie udało nam się znaleźć. Po zejściu z drogi, na którą wyszliśmy z lasu dystans pokonywaliśmy polem. Najbardziej zorientowani gdzie jesteśmy byli Natalia z Leszkiem. Określili nas na podstawie widocznych kęp lasów. Dzięki temu dobiliśmy do krawędzi lasu i idąc pewną drogą docieramy do PK10, który był umiejscowiony na kopcu. Dotarliśmy tam o godzinie 13.10. Widok z kopca świetny, chodź od organizatora słyszałem, że w nocy o wiele lepszy. Okazało się, że kopce były jakimiś budowlami militarnymi. Zgodnie z nową kolejnością zaliczania punktów wybraliśmy się do punktu 8. Odbiliśmy na północny zachód do asfaltu, potem weszliśmy w utwardzoną drogę w las i poszukiwaliśmy kolejnych rozwidleń. Tutaj przeżywałem pierwszy lekki kryzys podążając za grupą i nie wdając się w dyskusje na temat strategii dotarcia do kolejnego PK. Punkt znajdował się przy jakiejś podziemnej fortecy, z której zostało o wiele więcej niż szczątki. Można było wejść do środka, lecz korytarze były zalane. Na ósemkę dotarliśmy o 14.40. Z PK8 na PK6 jedno z łatwiejszych przejść. Dobiliśmy od bunkrów do drogi wiodącej na zachód i doszliśmy do wsi. W wioseczce krótka przerwa na zakupy i marsz asfaltem do kamiennej drogi w kierunku północnym. Mijamy potok, dochodzimy do lasu, mijamy drugi, odbijamy na zachód i szukamy przestrzeni w lesie. Potem już tylko znaleźć grubą brzozę na granicy żwirowni. Dochodzimy na miejsce, uzbrajamy się w oświetlenie i po krótkim zastanowieniu ruszamy dalej. Na PK jesteśmy o 16.20. Przejście na PK13 również banalne. Drogą leśną na południe do asfaltu, odbicie na zachód. Po około 750m znów w drogę leśną na południe. Po dojściu do drogi wypatrzyliśmy brzeg lasu i skróciliśmy przez zamarznięte pole. Punkt, który był przy ambonie znaleźliśmy dosyć szybko. Na miejscu byliśmy o17.20. Do punktu 3 za namową Darka postanowiliśmy pokonać drogę do torów na azymut, a następnie znaleźć drogę biegnącą do lasu. Wychodząc z zachodniego krańca lasu przy PK13 poszliśmy ma południe. Otarliśmy się o las, przeszliśmy przez dwie drogi i następnie doszliśmy do granicy lasu, który pokonaliśmy trochę losowo. Za lasem nie zgadzaly się albo drogi, albo wąwozy. Przeszedłem tory, których nawet nie zauwazyłem tak były ukryte w trawie. Zorientowaliśmy się, że tam są tylko dlatego, że część grupy przeszła drogą, którą znaleźli, a tam tory były widoczne. Część trasy pokonaliśmy polem, bo naturalnie droga musiała zniknąć (ogólnie większość dróg na tym polu było zaorane). Dobiliśmy do lasu, spotkaliśmy ludzi idących w odwrotnej kolejności do naszej i bardzo dużą grupą szukaliśmy punktu. O 18.45 doszliśmy do PK. Z punktu 3 uderzenie do H. Drogą na pólnocny zachód, wzdłuż lasu mijając tory. Idziemy asfaltem zdrowy kawałek, mijają nas rowerzyści, z daleka widać przekaźnik. Na asfalcie rozciągneliśmy się na okolo 300m. Ja obstawiałem tyły. Dochodząc do Łagowa odległość między naszą ekipą zmniejszyła się. Wchodzimy do Łagowa, po pewnym czasie pozdrawiają nas rowerzyści. Miło sie poczułem bo zawsze do tej pory czułem pewną izolację pomiędzy rowerzystami, a pieszymi. Wdaliśmy się w chwilową dyskujsę z lokalnymi rowerzystami startującymi w TR. Podpytaliśmy o PK12 do którego i tak nie dotarliśmy. Koniec spotkania z rowerzystami przedstawiony jest na zdjęciu. Po rozmowie udaliśmy się dalej do H zgodnie z tablicami informacyjnymi. Po dotarciu do zamku (H) stwierdziłem, że to jednak jakaś pomyłka. I tu według mnie należy się minus dla organizatora. Spodziewałem się wody do uzupełnienia, a wylądowałem w wykwintnej restaruacji w której za 3l wody mineralnej zapłaciłem 16zł. Jednak zmęczenie kazało nam uzupełniać płyny, zasypać nogi talkiem i jeść barszcz z włączoną czołówką. Po 15 min, które trwały 30min wybraliśmy się w dalszą trasę. Z grupy 3+1 zostało tylko 1+1 Po tym jak ktoś z nas wyprowadził grupę na brzeg jeziora szedłem cały czas z kompasem by wprawdzić przejście kierunku z północnego wschodu na północny zachód. Na drugim takim przejściu był nasz punkt. Gdy doszliśmy na miejsce upierałem się, że należy tu szukać, lecz osttecznie ustąpiłem i poszliśmy kawałek do przodu. Spotykamy 1+1, którzy też nie znaleźli PK. Grupowa decyzja, że jednak wracamy się aby szukać. Ja z Matikiem biegniemy szukać tam gdzie ostatnio, po pewnym czasie dochodzi do nas Łukasz. Reszta grupy czeka i wymienia się numerami telefonu z 1+1. Znajdujemy, wzywamy naszych i dajemy znać 1+1 gdzie szukać. Punkt zaliczamy 22.50. Idziemy dalej, atak na PK11. Orientuję się do utwardzonej drogi. Potem nie wiem co się działo za bardzo. Pamiętam jedynie głos pana, który odezwał się w środku dziczy i zapytał czego szukamy, po czym podał dokładną trasę dojścia na Górę Bukowiec, i złowił parę ryb za pomocą jakiegoś ładunku. Z tego co się orientuję doszliśmy do PK11 i co silniejsi weszli 200m pod górę by zaliczyć PK. Ja próbowałem dojść do siebie. Zdobyty o 0.13.
W drodze na 1 musiałem skorzystać z dawki tauryny by podnieść swój umysł. Póki co nic nie pomagało. Nie kojarze drogi do Wielowsi. Od Wielowsi zacząłem kojarzyć miejsca, ale nadal nie mogłem się zmoblilizować aby napierać. Przed wejściem do wioski Łukasz zostaje kontuzjowany. Pęcherz pod paznkociem nabiera płynu, a Łukasz decyduje się aby zostać. Wciąż ledwo idę, ale już mniej więcej orientuje się gdzie jestem i co się dzieje. Matik i Darek pomagają Łukaszowi. Ostatecznie zostają w nim na chwilę w wiosce by przebić czymś pęcherz, aby można było iść. Po tym jak nie znaleźliśmy żadnego sterylnego i ostrego narzędzia i po tym jak nie znaleźliśmy żadnego ostrego narzędzia chłopakom zostało jedynie niesterylne i nieostre. Pierwszym pomysłem była drzazga, ale ostatecznie pęcherz został przebity igłą sosny. Po pewnym czasie cała trójka nas dogoniła. Mija nas organizator pozdrawiając nas z auta jadąc po 1+1, którzy odpadli jeszcze przed Górą Bukowiec. Od PK11 prowadzili Natalia i Leszek. Ja nic nie mówiłem i niewiele myślałem. Przy pierwszej przerwie, gdzie grupa się zastanawiała mało brakowało do tego bym zasną klęcząc z opartymi łokciami o ziemię. Przez 5 minut czułem, że jest mi ciepło i głosy współtowarzyszy odpływają. Było tam tak idealnie do spania. Okazało się, że odpoczywałem przy wejsciu na PK1, ale poszliśmy dalej. Kolejne drogi w lesie, zastanawianie się. Wracałem do siebie, jeszcze nie myślałem jak należy, ale już tempo wyrabiałem. Padła decyzja ostateczna, że ze względu na to, że nie utrzymujemy już temperatury, płyny w camel bagach pozamarzały, nie mamy na tyle jedzenia aby utrzmać temperaturę i aby starczyło do końca trasy, oraz dlatego, że idąc nie zdążylibyśmy ani na zakończenie NM, ani na pociąg postanowiliśmy zrezygnować i zadzwonić po auto.
Zeszliśmy do asfaltu czekając na przeciw parkingu. Okazała się to droga do PK1, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Aby zachować temperaturę opatuliliśmy się NRC, odpaliłem chemiczny ogrzewacz i usiadłem na plecaku. Wszystkie ubrania z plecaka miałem już na sobie. Czekaliśmy na transport. Po zjechaniu do bazy zaliczyłem szybki sen. Prysznic i obiad około 7.00 rano, pakowanie, zakończenie rajdu i podróz powrotna z przygodami zapewnionymi przez PKP. Przecież każdy może źle wyświetlić to dokąd jadą pociągi na peronie.
Podsumowując stwierdzam, że jak na pierwszą imprezę zimową poszło nam bardzo dobrze. Zrobiliśmy około 80km, zdobyliśmy nowe doświadczenie w storunku do imprez, które są organizowane w cieplejszych porach roku. Jednak jednocześnie stwierdziliśmy, że w Zimowym Maratonie nie wystartujemy, to jednak do NM 2008 przygotujemy się lepiej pod względem sprzętowym. Impreza podobała mi się też ze względu na swoją kameralność. Powstawał dialog między TP, a TR co było bardzo miłe, a choćby na H jest to raczej nie spotykane. |